Użytkownik Osetia dnia 30.09.2009, 17:07 napisał
Pisał już o tym Andrzej przy innym temacie, że córka należała do klubu narciarskiego. Mam znajomych w Bielsku i ich dzieci także należą do takich klubów. Czy moje dzieci mają szanse? Tak, ale kiedy przeprowadzę się w góry!
Mysle, ze tak wlasnie jest, a wyjatki potwierdzaja regule. Nawet nie mam na mysli sportu wyczynowego, ale opanowania narciarstwa w bardzo dobrym stopniu i stylu.

Gorskie dzieci maja w tym wzgledzie hadicap jak to sie blednie przyjelo w Polsce mowic (bo we wszystkich cywilizowanych jezykach handicap oznacza ulomnosc, wade, a u Francuzow "hadicape" znaczy wrecz inwalida). Z drugiej strony wszyscy znamy "Czego sie Jas nie nauczyl tego Jan umiec nie bedzie". A w jaki sposob Jas ze Szczecina czy nawet z Warszawy ma sie nauczyc? Taki Jasiu z Rabki czy Zakopanego moze sie uczyc codziennie, np. po szkole, niekiedy wrecz zjezdzajac do szkoly

, ten ze Szczecina czy Bialegostoku raz, moze dwa w ciagu roku. Oczywiscie nie dotyczy to sytuacji wyjatkowych czy bardzo zapartych (i bardzo dobrze sytuowanych) rodzicow. Dodajamy, ze lepiej trenowac krotko i czesto, niz rzadziej i dluzej. Do dobrego opanowania jazdy na nartach trzeba tego czasu duzo i tych razow (czyli wyjazdow, nawet jednodniowych) bardzo wiele.
Kiedys bywalo jeszcze gorzej, bo ten raz czy dwa w ciagu roku, o ile w ogole byl mozliwy przypadal na polskie ferie w polskich kaprysnych pogodowo osrodkach. Teraz Alpy stoja otworem. Jesli czas i pieniadze pozwalaja, mozna tu jezdzic dowoli. Ale i tak nie rekompensuje to mozliwosci mlodego gorala.
Gdzies to juz pisalem, ale powtorze. Na Polczakowce (Rabka Zaryte), kilka lat temu, z podziwem obserwowalem jazde mlodej dziewczyny. Swietna technika i skutecznosc. Pomyslalem sobie, ze to jakas zawodniczka, ktora przyplatala sie na polko pojezdzic sobie rekreacyjnie. Przypadkowo mialem okazje wyjezdac z nia jednym orczykiem i oczywiscie swoim zwyczajem zagadalem do niej. Okazuje sie, ze nie tylko nie jest zawodniczka, ale nikt jej nigdy na nartach nie uczyl. Ot, podpatrzyla i zastosowala. Tyle ze na nartach przejezdzala cala zime, dodajmy nie placac za wyciagi. Potwierdzil to potem KubaR, ktory zdaje sie dobrze wie o kogo chodzi.
Przyslowie o Jasiu i Janie jest prawdziwe, ale i tu zdarzaja sie wyjatki. Moj dawny guru narciarski, wciaz zyjacy instruktor wykladowca Stanislaw Tadka, ktory przed laty uczyl mnie na kursie pomocnika instruktora, swietny narciarz pod kazdym wzgledem, zaczynal przygode z narciarstwem w wieku 35 lat! Dlaczego? Bo wojna, komuna, bieda...
A wracajac do szkolenia dzieci. Zdecydowanie, bez wzgledu na miejsce zamieszkania, warto ich szkolic w klubach. Jesli tylko srodkow finansowych starczy. Takie kluby nie ograniczaja sie tylko do narciarstwa, ale w lecie ucza zeglarstwa, deski czy innych form aktywnosci. A wszystko to w grupie, w warunkach wspolzawodnictwa, ale i zabawy. Rozne te kluby bywaja, jedne nastawiaja sie na wyczyn czy intesywny zarobek, tych bym unikal, inne, jak wspomniany przeze mnie krakowski YETI, procz oczywistych celow, typu ogolny rozwoj sportowy, nauczenia jazdy na nartach czy zeglowania na lodzce, staraja sie wpoic mlodziezy pewne, nazwijmy to szlachetne i szczytne, wzorce, rowniez te moralne. Nie znam dobrze organizacji harcerskich, ale i wsrod nich znalazlby sie zapewnie wiele swietnych klubow. Niestety wielu rodzicow nie daje sie zachecic. Od lat staram sie przekonac mojego pracowego kolege, zapalonego narciarza, by zapisal swoje dziewczyny do klubu. Nie dal sie przekonac.
No to uciekam na zakupy