Austrię i Włochy mamy dość objeżdżone pora na Francję, jak mamy spadać to od razu z „wysokiego konia”. Jesteśmy grupą znajomych i krewnych królika, mieszkamy w różnych miastach, z tym, że najwięcej nas jest w WAW, KRK i WRO. Zamawiam 2 apartamenty, jeden na 8 osób drugi na 12ście – mają nie mieć łóżek piętrowych a posiadać kilka łazienek, wyjście z budynku prosto na narty itp. No i przecież nie będziemy mieszkać gdzieś w dziurze typu San Martin – ma być Val Thorens. Znajduję takie w dwóch firmach, których nazwy zaczynają się identycznie, ceny odpowiednie, ale jak szaleć.... Rezerwuję również dla wszystkich parkingi, w tym mieście można tylko stać przed apartamentami na wypakowanie się i zapakowanie. Większość jedzie autami, ruszamy o różnych porach, my z Krakowa o 18stej. 4 osoby chcą autokarem, to załatwiam im przejazd z jednym z biur opolskich. Droga – łatwa, ale męcząca, zajęło nam dokładnie 17godz, stawaliśmy tylko na sikanie i pobieganie po parkingu.
Zakwaterowanie przebiegło sprawnie, dostaliśmy pościel jednorazową, zestaw startowy do kuchni i dobre słowo. Panowie koniecznie chcieli oblać przyjazd, ostrzeżeń nie chcieli słuchać... a Val Thorens leży na 2400m npm.

Niedziela. Ranek słoneczny, śnieg się iskrzy, w mieście ok -2 stopni, ale ubieramy cieplejsze kurtki, przecież jesteśmy w wysokich górach. Skipassy udaje nam się kupić ze zniżka grupową, takk więc mamy na 3 doliny w cenie skipassu na Val Thorens. Rozjeżdżamy się w różne miejsca na rozpoznanie terenu. Jestem w siódmym niebie, gondole, krzesła, trasy, wszystko świetnie przygotowane, twardo. Ci co wieczorkiem popijali, cienko przędą.
Po paru godzinach pytam się jednego z naszej grupy, No Jacek, jak Ci się podoba? A on na to:
„nie podoba mi się, za dużo tras” …
W południe zastanawiałam się co zrobić z kurtką, dobrze, że przynajmniej włożyłam czapeczkę pod kask, to włosy miałam suche.
O 17stej do domu, prysznic, ochotnik przygotowuje gorącą kolację.

Poniedziałek. Budzi nas słońce, postanawiamy dojechać do Courchevel. Genialne, bez problemu trasami i wyciągami dostajemy się po 2.5 godz na ostatnie krzesło Signal. W Courchevel śnieg dość wytopiony, trafiamy na trasę, gdzie musimy się zsuwać pomiędzy kępami trawy i kamieniami. Trasa łącząca Aguille du Fruit z wyciągiem Marmottes – pełne lato, robimy się markotni.
Również zjazd od tej strony do Meribel nie jest rewelacyjny, ale może ja marudzę. Na dole temperatura powyżej 20stu stopni.
Wieczorem dobre winko, scrabble i spać o 22drugiej. A byli tacy, co poszli jeszcze pobiegać...

Wtorek Słońce, gruba kurtka już poprzedniego dnia została zmieniona na shella, ale co zrobić z kaskiem?
Umówiliśmy się na Mont de Peclet, jedni dojechali Les 3 Vallees, inni nowoczesną Plein Sud, ta kanapa 6 osobowa ma dwie bramki, krzesło podjeżdża raz pod jedną raz pod drugą, dzięki temu może pędzić 2 x szybciej. Każdemu z nas przyświecał inny cel, więc rozjechaliśmy się w różne strony, my na czerwoną przy krześle Chatelet, bo tam na skoczni w snowparku miał skakać Darek.

.Przy okazji wjazd na Mont du Vallon, do wyboru dwie trasy czerwone, niezłe, gdyby nie spadające kamienie. Przedostajemy się poprzez Meribel na Dent de Bourgh, gdzie część ekipy szuka zgubionej dnia wczorajszego komórki. O dziwo ją znaleźli, nawet ratraki jej krzywdy nie zrobiły..

Po południu już po stronie Val Thorens kolejnymi wyciągami na Breche de Rosael, powyżej krzesła 2 Lacs, kolejny snowpark, muzyka gra, kolorowe bractwo z gołymi głowami skacze.

Środa. Budzi nas słońce, ciekawi nas dalej Breche de Rosael wjeżdża się tam dwoma gondolami, jedne to zwykłe małe kubełki, druga za to – duża Ghrand Found. Ze szczytu wspaniałe widoki i dwie trasy czarna i czerwona i przejazd do Orelle. Sporo ludzi, ale jakoś pomykamy bokiem, Na krótkich ściankach pogrom, ale bokiem objazdy niebieską drogą – dla mnie bomba. Bez ryzyka uszkodzenia w tłumie. Z dołu dwa odcinki krzesła na Ponte de Bouchette – 3230m npm, wieje, twardo, fajnie. Nogi bolą jak skurczybyk. Wracamy na nasza stronę kanapą Rosael, czerwona w dół, knajpka, przy snowparku. T zamawia dla mnie kawę, dla facetów piwo, garcon pyta: małe, średnie duże?, T – oczywiście, że duże. Leżymy na leżaczkach a tu kelner przynosi po kuflu o zawartości 1.5l piwa. O mało co nie spadłam z leżaka ze śmiechu. Potem co jakiś czas odjeżdżali gdzieś za skałki …

Czwartek Budzi nas słońce. Dołączamy do grupki, która zalicza 14 czy 15 punktów, aby otrzymać dyplom Les 3 Vallees. Punkty oczywiscie są tak umiejscowione, że trzeba się najeździć, brakuje im właśnie jednego krzesła poniżej Val Thorens – Plain de Leau. Krzesło stoi, jesteśmy za wcześnie. W końcu udaje się im przejść przez bramkę odbijając punkt na skipassie, obracamy i pędzimy drogą do Les Menuires, nartki nieźle jadą, wyprzedzam sporo osób, a może to nie narty a waga???
Gondola Masse, 2 odcinki i jesteśmy na Pointe de la Masse 2804m npm. Do wyboru czarna i czerwona. .Jak zobaczyłam, że czarną ludzie się zsuwają, skaczą i robią inne dziwne ruchy – wybieramy czerwoną. Boska, równa, twarda, pusta, wije się pomiędzy skałami. Chciałabym powtórzyć, ale wszyscy już pchają się na drugą stronę. Kolejnymi wyciągami wyjeżdżamy na 3 Marches 2704m npm. Tu wszędzie łagodne czerwone, niebieskie, ale dość grząsko

Piątek. Pierwsze chmurki. Może to i dobrze, bo część osób się przypaliła. Jedziemy na Cime de Caron 3200m npm, pierwsza gondola to zwykła kubełki, druga za to, to olbrzymie żelazko zabierające ze 150 osób. Ze szczytu 2 trasy, czarna i czerwona, wybieram czerwoną, jak zwykle rano wszystkie trasy perfekcyjnie przygotowane. Obracamy jeszcze ze 2 razy. Przerzucamy się na jazdę po lodowcu de Thorens, trasa o nazwie Col. Lód, trochę kamieni, muldy, ale ciekawie, na dole niebieska, dość miękko, zaliczamy jeszcze wyjazd na lodowiec de Peclet. Trochę za mało śniegu, więc i zachwytu nie wzbudził, lepiej poobracać Funtel Peclet

Sobota. Należy się spakować, zdać apartament, uwijamy się jak w ukropie. Część osób zostaje, aby zdać apartament, a my dokupujemy 1 dzień i na narty:) Jeździmy tylko w rejonie Val Thorens, przypominając sobie wszystkie trasy. Na stokach tylko Ci co przyjechali na weekend. O 16stej przebieramy się w publicznej toalecie, wsiadamy w auta i ruszamy do domu. O tej porze korek tylko aut wjeżdżających, my mamy luzy. O 9 rano jesteśmy w domu
Jeden tydzień to za mało, optymalnie byłoby przynajmniej 10dni. Ciekawą tam rzecz zauważyliśmy. Wystające ze zboczy rury, takie wygięte w stronę stoków. Różne pomysły, a to, że to wentylacja jakiś obiektów – ta, na 3 tyś pewnie schron przeciwatomowy:), a to, że to odciąża naprężenia góry...
No to zgadul zgadula – wiecie do czego służą?
PS prosze błędy i iterówki zgłaszać












