Tej zimy przeżyłem coś, co nie zdarza się każdemu. Przygodę tę postaram się jak najwierniej przekazać wam w postaci poniższego tekstu z obrazkami, zwanego dalej „fotorelacją”.
Sharplanina - Kraina Freeride’u
Na początek szybkie wyjaśnienie jednej arcyważnej kwestii. Fotorelacja ta dotyczy freeride-owego campu, który odbył się w odległym i jedynym ośrodku cat-skiingu w Europie. Ośrodek ten, prowadzony przez Eskimosów, znajduję się w kraju o starożytnych korzeniach – Macedonii. Jeżeli chcecie poznać odpowiedzi na nurtujące was pytania: czym jest cat-skiing, kim są Eskimosi i skąd wzięli się w Macedonii czytajcie dalej
Gwoli ścisłości: „Macedonia jest niewielkim krajem leżącym w środkowej części Półwyspu Bałkańskiego. Od południa graniczy z Grecją. Kraj cechuje się wyżynno-górzystym krajobrazem”.
Po uraczeniu was encyklopedyczną definicją, z której wywnioskowaliście, że z Polski do Macedonii jest jednym słowem daleko, pozwolę sobie pominąć opis długiej podróży. Wiedzcie jedynie, że urozmaicały ją różne dziwne znaki, między innymi ten na węgierskiej stacji.
Zinterpretowaliśmy go następująco:„Podczas wymiany koła uważaj na człowieka w bandanie, wkładającego teczki do samochodów”
Ale dość już o rzeczach nieważnych. Przejdźmy do tego, co zastaliśmy w miejscowości Popova Sapka (1800 m n.p.m), u kresu naszej podróży. A zastaliśmy następująco:
Hotel Bora (bazę wypadową Eskimosów i miejsce naszego zakwaterowania)

niezliczone ilości białego puchu, piękną pogodę...

i już jadący po nas ratrak

W tym miejscu, w celu uniknięcia nieporozumień, należałoby wyjaśnić czym jest cat-skiing. Otóż cat-skiing jest odmianą narciarstwa freeride’owego, w której do wywożenia narciarzy w wysokie partie gór używa się ratraka. Hmm… w sumie nie powinienem nazywać naszego środka transportu ratrakiem, gdyż nie ma tu mowy o używaniu go do ratrakowania! Naruszałoby to fundamentalne zasady narciarstwa pozatrasowego, w którym liczy się tylko głęboki i nieubity śnieg. Posłużmy się zatem angielską nazwą snow-cat
Nie mogąc doczekać się zanurzenia naszych szerokich nart w dziewiczym śniegu, od razu zapakowaliśmy się do śnieżnego kota.

Tymczasem Eskimosi mieli co do nas nieco inne plany. Na początek zorganizowali nam szkolenie lawinowe, podczas którego dostaliśmy detektory, łopatki oraz sondy lawinowe i nauczyliśmy się nimi posługiwać. Dowiedzieliśmy się też, że zasypani przez lawinę mamy 15 minut życia, które niechybnie po tym czasie się skończy, jeżeli ktoś swoją łopatką nas nie odkopie. Wszystko chyba po to, by zniechęcić nas do wyjazdu w górę. Jednak pragnienie szusowania w świeżym śniegu było w nas silniejsze od strachu przed lawinami.
Wreszcie po zajęciu miejsc w naszym śnieżnym busie ruszyliśmy na podbój Sharplaniny. Po osiągnięciu wysokości 2700 m wysiedliśmy i obserwowaliśmy jego odjazd...

Zostaliśmy sam na sam z górą. Rolę naszych przewodników pełnili Eskimosi i teraz kilka słów, o tych tajemniczych ludziach. Jest to kilku entuzjastów freeride’u z różnych państw m.in.: Chorwacji, Macedonii czy Norwegii. Połączyła ich wspólna pasja i idea stworzenia tańszej alternatywy heli-skiingu (transport w górę z pomocą helikoptera), dostępnej w Europie. Zatem znaleźli nieskażoną wyciągami górę, kupili ratrak i nazwali się „eskimo-freeride”.
W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany moment. Wpięcie nart i jazda w dół…
Najpierw jeden z przewodników pokazuje jak powinno się to robić.

A ja nieudolnie go naśladując, zaliczam efektownego fikoła.





Otrzepuję się i jadę dalej. Potem idzie mi już lepiej

Po wyczerpujących zjazdach należał nam się lunch, który oczywiście jedliśmy w ratraku. Można powiedzieć, że ratrak stał się na kilka dni naszym największym przyjacielem i nieodzownym towarzyszem naszej pozatrasowej eskapady. Podczas pięknej pogody lunch jedliśmy na zewnątrz, przygotowując go na gąsienicy naszego wiernego… Kota.

Ale gdybym tylko wiedział co będzie na kolację, to na lunch zjadłbym więcej kanapek…

Przez kolejne dni nie zabrakło również innych atrakcji, tak więc:
Robiliśmy zdjęcia

Czasami nieco bardziej szalone

Zjeżdżając szukaliśmy chowającego się między drzewami Kota

oraz nieprzerwanie byliśmy straszeni i zniechęcani do dalszej eksploracji góry przez Eskimosów. Opowiadali oni różne historie, o złodziejach organów z Kosowa, którzy czają się w górskich lasach i porywają ludzi.
My byliśmy niezłomni i ryzykując porwanie w celu wyprucia narządów dalej uprawialiśmy białe szaleństwo w najlepszym wydaniu.

W Popovej Sapce czas płynął szybciej. Od rana ratrak wywoził nas w górę a my puszczaliśmy się w dół wycinając piękne linie w miękkim puchu. Wycieńczeni szaleńczym tempem zjazdu czekaliśmy na dole na jego przybycie aby znów ruszyć górę. Każdy chciał poużywać niesamowitych warunków, wykorzystać każdą chwilę spędzoną w eskimoskim raju i „nachapać” się freeride’u ile się tylko da. I tak upłynęły 4 najlepsze dni narciarskie w moim życiu.
Użytkownik jabol edytował ten post 08 sierpień 2011 - 08:46













