Poranek wita nas przepiękną pogodą. Podwójna jajecznica w schroniskowym bufecie i ruszamy przez zamarznięte Morskie Oko w kierunku Czarnego Stawu. Część z nas idzie na Rysy, część na Niżne Rysy. My zaliczamy się do tej drugiej grupy; na Rysach byliśmy w maju zeszłego roku, a Niżne Rysy jeszcze przez nas narciarsko nierozpoznane. Ciągną bardzo. Przed nami widać sylwetki jeszcze kilku podchodzacych osób. No tak, pogoda piękna, wszyscy zgłodniali śniegu. Czy jest lepsze miejsce na Wielkanoc niż Morskie Oko?
Na szczycie meldujemy się po 4 i pół godzinach. Tempo mamy niespieszne. Śnieg początkowo to twardy beton, od Czarnego Stawu idziemy w rakach z nartami na plecach. Dopiero póżniej śnieg trochę odpuszcza i robią się świetne warunki do zjazdu. Na Niżnich odprawiamy szczytowe godzinki i już za moment zasuwamy w dół. Zjeżdżamy z samego szczytu; początkowo trochę wąsko, jest okazja poćwiczyć obskoki, później już tniemy szybko długim skrętem. Zjazd na Bulę pod Rysami rewelacyjny; świetny śnieg, słońce, przestrzeń pod nogami i piękne góry z każdej strony. Na Buli krótki odpoczynek i stromymi, szerokimi polami Kotła pod Rysami zjeżdżamy dalej. Kilka centymetrów świeżego śniegu na ciut "odpuszczonym" betonie - to jest to. Bardzo pasują mi takie warunki i jazda jest dla mnie czymś niesamowitym. Zjeżdżamy z Kwaśnym i poznanym po drodze Hiszpanem Albertem z bananami na twarzach. Bez-nart-ny nie zostaje wiele w tyle zjeżdżając tradycyjnie już na czterech literach, z czekanem w jednej ręcę, a aparatem fotograficznym w drugiej.
W Moku browar za wspaniałą skiturę, wygłupy i pogaduchy z zaprzyjaźnionym z nami dyżurnym ratownikiem i już za moment zbieramy się do zejścia. Tym razem 9km asfaltu nie przeraża. Niczym ruchem sztukmistrza wyciągamy z Kwaśnym wniesione tu specjalnie na tę okoliczność hulajnogi. Do Włosienicy po starym dziurawym asfalcie i bruku powolutku, później już szum w uszach i wiatr we włosach aż do Palenicy. Pohukując jak indianie i śmiejąc się glośno do siebie, z nartami na plecach, oświetlając sobie drogę czołówkami (w międzyczasie zrobiło się już ciemno) zjeżdżamy do parkingu w Palenicy w czasie 33 minut...
krótka fotorelacja:
Sobota wielkanocna wita nas piękną pogodą. Spacer po zamarzniętym Morskim Oku to przyjemność

Mnichowy Żleb - może uda się zjechać jeszcze w tym sezonie?

podejście na próg Czarnego Stawu

Krzyż oznacza zakończony pierwszy etap podejścia...

...i wreszcie można spojrzeć za siebie

nad Czarnym Stawem; za nami widoczny nasz cel zza którego wychodzi słońce - Niżne Rysy (2430 m n.p.m.)

jak to dobrze, że staw zamarznięty i można na skróty wprost pod ścianą Kazalnicy...

przed nami Szeroki Zagon i Długi Piarg - tamtędy prowadzi nasza droga

zamiana nart na raki

Długi Piarg to baaaaardzo lawiniaste miejsce, które przy większym zagrożeniu lawinowym zminia się w zsyp dla okolicznych ścian. Grudniowa tragedia warszawiaków każe pamiętać, że tutaj może być niebezpiecznie nawet przy 10 cm pokrywie śnieżnej...

Bez-natr-ny Marcin i Kwaśny czekają na mnie - słabsze ogniwo tramwaja...

...który podąża w górę niczym ratrak

miejscami stromo i lodowo

za to widok na stawy przedni

wreszcie dochodzimy do Kotła pod Rysami

Kwaśny (po tylu latach) wychodzi z cienia, he, he

widać już szczyt Niżnich

powyżej Buli pod Rysami krótkie bivacco

i znowu w górę. Za naszymi plecami jedna z najtrudniejszych linii do zjechania w naszych Tatrach - Zachód Grońskiego. Dla nieuświadomionych: to ta biała linia idąca w prawo nad naszymi głowami...

Kwaśny ostatnie trzy tygodnie chorował na zapalenie płuc i chyba coś dostał bo teraz zasuwa pod górę jak Marit Bj?rgen. Cóż, jak to mówiła Justyna - też trza będzie zachorować...

w żlebie wyprowadzającym na szczyt spotykamy zjeżdżającego już kolegę Konrada. "Konrad, pieronie! Ino mi całego śniegu nie zepsuj!!!". Na szczęście Konrad sztachety 120mm pod butem zostawił w domu więc jest szansa, że coś z tego śniegu zostanie

zazdrościmy mu wielce; jednak na zjazd trzeba sobie zasłużyć. A zanosi się na jeden z najfajniejszych zjazdów w tym sezonie

ostatnie metry tuż pod szczytem


za moimi plecami Rysy i pięknie widoczna linia zjazdu rysą - tamtędy zjeżdżaliśmy w burzy w maju zeszłego roku...

część ekipy już na szczycie. Z prawej autor - to się nazywa "parcie na szkło"

cały świat u stóp - Kwaśny pozuje z Doliną Ciężką, Galerią Gankową i Gerlachem...

...a ja leżę płaskim bykiem z widokiem na Zachodnie

Kolega ma trochę "miętkie" nogi. Ok, ok żartowałem - on nigdy nie ma miękkich nóg; tak naprawdę demonstruje nam technikę zjazdu

no i wreszcie to po co tu weszliśmy. Zjazd z Niżnich Rysów - Maćko pierwszy

u góry ciut wąsko...

...i ciut stromo, czyli tak jak lubimy

Kuba zasuwa zawodowo...

...Alberto też

Uwaga! Tera jedzie Kwaśny...

...śmiga obskokami jak baletnica...

no i na szarym końcu niżej podpisany...

...ćwiczy obskoki w realu...


Śnieg świetny. Poniżej czekają na nas szerokie pola śnieżne i jazda na pełnym gazie długim skrętem... Yeah, yeah, yeah!!!


jazda na granicy światła i cienia


...jeden skręt w cieniu, jeden w słońcu...



...my śmigamy, a Bez-nart-ny Marcin stoi na Buli i trzaska fotki...

no i przejazd Kwaśnego




..a za nami Albert na pięknie pociętym przez nas stoku

zjazd Długim Piargiem to już walka z betonowym śniegiem; tutaj słońce nie zdążyło jeszcze dotrzeć i "odpuścić" trochę śnieg. Za to widoki na Czarny i Moko przecudne



ostatnie szusy...

...i z Czarnego Stawu trawers pod Maszynkę do Mięsa, skąd już rozpędem na taflę Morskiego Oka.
Powrót w cudownym popołudniowym słońcu przez zamarznięty staw w otoczeniu wielich ścian Mięguszowieckich Szczytów jest czymś baaaaaardzo przyjemnym. Wreszcie schronisko...

browarek na werandzie, bigosik przy stole, kawa w toprówce - wszystko po takim dniu smakuje wyjątkowo. Ostatnie pogaduchy przy schronie...

...i zasuwamy po pozostawiony w starym schronisku depozyt...

...w postaci dwóch specjalnie na ten moment czekających hulajnog


do Włosienicy po starym asfalcie więcej idziemy niż jedziemy...

...ale dalej to już pełen odjazd


Kwaśny do perfekcji opanował jazdę w narciarskich butach i z 22kg balastem na kręgosłupie...

asfalt czasem zalodzony, hulajnogi dają jednak radę - gorzej z hamulcami, w pewnym momencie byłem bliski poparzenia sobie pięty

jeszcze przed Wodogrzmotami robi się ciemno; sunąc bezszelestnie z czołówkami na kaskach wzbudzamy pewne zaskoczenie u kilku mijanych osób...



Wyposażeni w nasze "wunderwaffe", z Włosienicy do parkingu w Palenicy docieramy w 33 minuty kompletnie bezwysiłkowo (no dobra, ze trzy razy musiałem zmienić nogę).
Do Morskiego Oka bez hulajnogi już się nie ruszam. No chyba, że TPN zmieni przepisy i będzie można na rowerze...
Wesołych Świąt!
Użytkownik peregrin edytował ten post 05 kwiecień 2010 - 19:03

















