Dorzucam ubiegloroczna, bardziej szczegolowa niz powyzsza, relacje. Mam ja gotowa na innej stronie, nie warto by sie tam kisila. Moze komus pomoc w wyborze. Jedno sie zmienilo. Pisalem z oburzeniem o capucino, ktore podano nam w plastikowym kubku po stronie francuskiej. U Wlochow by sie to nie mogla zdarzy, napisalem. Otoz nieprawda. Podano nam w tym roku w Livignio, jak najpardziej w plastiku. O tempora, o mores... jak mawiali starozytni... Wlosi.
Przeglądając oferty biur podróży zauważyłem intrygująco wyglądającą propozycję: ski safari w dolinie Aosta. Ski safari, cokolwiek ono oznacza, kojarzy się w wyprawą, poznaniem nowych miejsc, częstym przemieszczaniem się po różnych kurortach narciarskich. Rzut oka na mapę rejonu: Mont Blanc, Matterhorn, Courmayer, znane mi z książek wielkiego alpinisty włoskiego Waltera Bonattiego jako włoskie Chamonix. Najwyżej położone włoskie stacje: Cervinia, La Thuile, Monte Rosa, prawdziwe wielkie Alpy, najwyższe góry Europy. Nieźle. Dotychczas odwiedzaliśmy Dolomity, czas poznać ich wyższe rodzeństwo. Wybrałem propozycję polecanego mi przez znajomych biura Wygoda Travel. Termin, pierwszy tydzień marca, jedyny możliwy biorąc pod uwagę liczne nasze uwarunkowania. Skład: znajome małżeństwo z pracy, siostra, żona i ja. Przygodę zaczynamy wieczorem, w piątek 26 lutego, zajmując miejsca w autobusie biura. Podróż, jak zwykle nużąca, mija powoli urozmaicona krótkimi postajami, oglądaniem nienajwyższych lotów filmami, śniadaniem w małej przydrożnej knajpeczce w okolicach Insbrucka, skąd roztacza się niezły widoczek na okoliczne góry. Doprawdy, mieszkańcom tego miasta nie brakuje miejsc do uprawiania narciarstwa zjazdowego i nikogo nie powinien dziwić fakt, że dwukrotnie odbywała się tu olimpiada zimowa. Rankiem przejeżdżamy przełęcz Brener i wkrótce skręcamy w małą, krętą drogę, by po kilkunastu kilometrach „wysadzić” w hotelu kilku miłośników regionu Val Gardena. Podróż bardzo się dłuży. Zatrzymujemy się przy lotnisku w Weronie, gdzie przyjmujemy na pokład grupę podróżujących samolotem, mijamy obrzeże Turynu i wreszcie, po ponad dobie jazdy, dojeżdżamy do naszego Saint Vincent, uroczego miasteczka usytuowanego blisko wylotu doliny Aosta. Docieramy do wygodnego hotelu, jemy pyszną włoską kolację popijając miernej jakości lokalnym winem „di casa”, zmęczeni, udajemy się na z góry upatrzone pozycje, czyli do łóżek. Odjazd autobusu zaplanowano na 8.20, jak dla nas dość wczesnie.
Pierwszego dnia jedziemy do Val Tournanche, stacji połączonej ze slynną Cervinią. Program pobytu przewiduje jednodniowy pobyt we wszystkich wielkich włoskich stacjach tamtego rejonu: Val Tournanche, Cervinia, Pila, Courmayer, La Thuile, Monte Rosa. Do każdej z nich dojazd z naszego Saint Vincent trwa od 45 min do 1.5 godziny w przypadku najdalej położonej Monte Rosa. Ze względu na niepewną tego dnia pogodę, nasza przewodniczka, która okazała się w trakcie całego pobytu nie tylko miłą, pomocną, ale także bardzo kompetentną osobą, zdecydowała, że jedziemy do najbliższej i najłatwiej dostępnej stacji, Val Tournanche. Pada gęsty śnieg, wokół mgła, dzień zapowiada się nieciekawie. Początki faktycznie są trudne, cieżko się jeździ we mgle przy padającym śniegu. Nasypało go już całkiem sporo, wszystko wydaje się jednolicie białe, nie widać gdzie biegnie wytyczona trasa, a gdzie zaczyna jej pobocze. Francuzi celnie nazywają takie warunki „journee blanche” – białe dni. Upadek w głębokim, grząskim śniegu, a spotkało to obie moje panie (upadła jedna, ale druga chciała pomóc i też się zagrzebała), kończy się długim i mozolnym wygrzebywaniem. Ale z upływem dnia sytuacja poprawia się, mgła rozrzedza, śnieg przestaje sypać, nawet nieśmiało wygląda słonce. Świeży snieg utrudnia niektórym jazdę, ale nie mnie. Uwielbiam taki dziewiczy, nieprzetarty 10-15 cm snieżek. Trasy rozmaite, o różnym stopniu trudności, z których najchętniej wybieramy trudniejsze czerwone. Jeździmy wysoko, pomiędzy 2500 i 3000 m, ale jak się to okaże w następnych dniach, do rekordu wysokości sporo nam jeszcze brakuje. Kończymy jazdę, i będzie się to powtarzać w kolejnych dniach, ok. 17.30. Powrót do hotelu, kolacja ze zwyczajową karafką wina, wieczorne pogawędki i zasłużone spanie.
Drugi dzień – La Thuile i połączona z nią francuska Rosiere. Ten dzień okaże się najlepszy ze wszystkich pod względem warunków. Idealny snieg, niezbyt zmrożony, niezbyt rozmokły, piękna, słoneczna pogoda, świetne, urozmaicone trasy, umiarkowanie ciepło. Cóż więcej może narciarz oczekiwać od życia? Od razu przerzucamy się na francuską stronę, gdzie jeździmy pysznymi, równoległymi do siebie, czerwonymi trasami. Przekąszamy coś w tamtejszym barku popijając capucino podanym – o zgrozo – w plastikowym kubku (nie do pomyślenia po stronie włoskiej). Wracamy na część włoską, zaliczając przy okazji jedną stromą czarną trasę i jeździmy do końca dnia przebierając pomiędzy rozmaitymi kombinacjami tras czerwonych. Niektóre, te wyższe, poprowadzone są w odkrytym terenie, inne, położone niżej, częściowo biegną lasami. Wszystkie są dobre. Ostatni zjazd odcinkami naprawdę stromą czarną niektórym mocno daje się we znaki.
Trzeciego dnia udajemy się do... Val Tournanche, w którym byliśmy pierwszego dnia, ale tylko po to, by szybko przedostać się wyciągami do potężnego kompleksu narciarskiego Cervinii. Dlaczego nie pojechaliśmy bezpośrednio do niej samej? Bo trudniejszy dojazd, a zwlaszcza bardziej skomplikowane dojście do wyciągów od parkingu. Cały dzień spędziliśmy zjeżdżając różnymi trasami i ich kombinacjami po stronie Cervinii. Niektórzy dokupili za ok 40 Euro dodatkowy bilet na stronę szwajcarską, słynny Zermatt, ale my stwierdziliśmy, że na jeden dzień wystarczy aż nadto część włoska. I nie żałowaliśmy podjętej decyzji. Pogoda tego dnia okazała się mocno zmienna. Piękny, czysty poranek, chmurki i mgły w okolicy południa i znow coraz bardziej słoneczne popołudnie. Bez wątpienia jest tu gdzie pojeździć. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie trasy, obie czerwone. Słynna 7-ka z Plateau Rosa oraz krótka, poprowadzona na bardzo dużej wysokości 84-ka. Wystarczy dodać, że koniec trasy leży na wysokości 3041 m, o czym przekonuje niniejsze zdjęcie. Śnieg, z racji dużej wysokości, miał idealną konsystencję, narty same skręcały, a my rozkoszowaliśmy się jazdą do upadłego. Te dwie trasy podobały mi się najbardziej, ale i inne były niczego sobie. Kilkanaście lat temu, gdy sił było więcej, i ochoty do zmordowania się, pewnie narzekałbym trochę, że mało tu czarnych tras. Ale nie dziś, gdy kalendarz beznamiętnie przypomina o zbliżającej się 60-tce.

Na koniec dnia wróciliśmy do kompleksu Val Tournanache. Autobus, kolacja z nieodłącznym winem, spanie.
Czwarty dzień – Courmayer. Najgorsza pogoda w czasie całego pobytu. Początek był nienajgorszy, ale szybko zaczęło sypać i pojawiła się mgła, która towarzyszyła nam z różnym nasileniem do końca dnia. Z powodu marnej pogody trudno ocenić atrakcyjność ośrodka pod względem narciarskim, ale wydaje się, że ze wszystkich, które zwiedziliśmy w dolinie Aosta, jest najmniej interesujący i to pomimo faktu, że znajdujemy się w pobliżu najwyższej góry Europy, Mont Blanc, a raczej – w końcu jesteśmy w Italii – Monte Bianco. Po drugiej strony góry rozlega się najbardziej znana wioska alpejska, francuska Chamonix. Courmayer narciarsko rzecz biorąc jest więc takie sobie, ale tylko w porównianiu do lepszych, bardziej rozległych innych stacji w dolinie, bo wcale to nie znaczy, że nie ma tu gdzie jeździć. Kilka tras jest naprawdę bardzo dobrych, zwłaszcza te biegnące lasem, trochę holwegowate czerwona 18-ka z czarnymi wariantami. Niezły zjazd nartostradą (a więc stosunkowo wąskim traktem, częściowo poprowadzonym lasem) i żegnamy się ze smutnie wyglądającym tego dnia Courmayer.
W piątym dniu lądujemy w Pila. To nazwa stacji narciarskiej, ale przede wszystkim miasta, stolicy doliny Aosta o mocno starożytnych korzeniach. Prawie z centrum miasta wyprowadzona jest kolejka linowa, która po dłuższej, ponad półgodzinnej jeździe, prowadzi w samo serce stacji narciarskiej. Stąd, korzystając z rozmaitych wyciągów krzesełkowych wiodących w różnych kierunkach można osiągnąć wyżej położone partie. Jeździ się tu na trochę niższych wysokościach niż w innych odwiedzanych poprzednio stacjach, choć początek najwyższej trasy sięga ok. 2700 m. Napotykamy na mnóstwo szkólek narciarskich z młodzieżą... angielską, ale trafiają się też liczne grupki kilkuletnich dzieci. Na niektórych trasach bywa trochę tłoczno. Znów mnóstwo ich do wyboru, o rozmaitej trudności i ukształtowaniu. Te wyżej położone wydają się gorsze od tych niższych. Czasem wybór, zgodnie z przysłowiem "osiołkowi w żłoby dano...", jest trudny. Na koniec dnia, mając jeszcze w zapasie kilkadziesiąt minut wyjeżdżamy na leśną, z pozoru mało atrakcyjną 2-kę. I tu miłe rozczarowanie. Świetny, ciut rozmiękły, ale wciąż o solidnej konsystencji, śnieg, niezłe, stałe nachylenie, mało ludzi, do tego wszystko wychodzi. Naprawdę można poszaleć. Tak bardzo rozsmakowałem się w tym jeżdżeniu, że z trudem zdążyłem na umówioną godzinę odjazdu. Pila okazała się o wiele lepsza od moich oczekiwań, okrojonych wcześniej opiniami jednego z uczestników wycieczki, według którego stacja jest taka sobie.
W ostatnim szóstym dniu udajemy się do Monte Rosa. Kawał drogi od naszego Saint Vincent, ponad godzina jazdy. Podziwiamy mijane miasteczka i wioski, przysiółki, kamienne, często opuszczone domki, droga wije się malowniczami serpentynami wykrojonymi w potężnych masywach górskich. Ich stromizna czasem przeraża, czasem budzi podziw dla odwagi ludzi budujących tu swoje narażone na obsuwy kamienne domy. Piękny, słoneczny dzień, niestety dość mroźny. Dlaczego niestety o tym za chwilę. Monte Rosa jest potężnym, rozłożystym kompleksem narciarskim, połączonym z innymi stacji, w tym francuskimi Frachey, Champoluc i Alagna. W uproszczeniu, składa się z dwóch niezależnych kompleksów, które można osiągnąć wybierając właściwą dla danej strony kolejkę linową. Zaczynamy od prawej. Troche tłoczno, czekamy, co się w poprzednich dniach nigdy nie zdarzało, kilka dobrych minut na wejście na krzesełko. Jedziemy aż na przełęcz Betta, ponad 2700 m. i zaczynamy zjazd obiecująco wyglądającą B1. Niestety, snieg okazuje się twardy i zmrożony. Poprzednie dni były ciepłe, z temperaturą powyżej 0, teraz złapał solidny mróz i efekt gotowy. Oczywiście zjeżdżać, a raczej zsuwać się da, ale przyjemności w takiej jeździe niewiele. Do końca dnia, bez względu na trasę, warunki, w tym rodzaj śniegu, pozostaną te same. Szkoda. Inni radzą sobie w tych warunkach różnie, raczej tak sobie, ale przykład dwóch młodziutkich włoskich instruktorek, jadących płynnym śmigiem karwingowym, przekonuje mnie, że i w tych warunkach dobry narciarz zjeżdża ładnie i skutecznie. Zakładam, że narty obu dziewczyn były wyostrzone na brzytwę, a moim, już mocno rozklepanym, dużo w dziedzinie ostrych krawędzi brakowało. W każdym razie takie wytłumaczenie mocno podniosło mnie na duchu.

Probujemy wypadu na stronę francuską, na Frechay, ale tam jeszcze zimniej. Po 2 godzinach przenosimy się na drugi kompleks Monte Rosa, w stronę przełęczy Olen. W wagoniku spotykamy mnóstwo Norwegów, a może Szwedów z chrakterystycznymi nartami do freeride’u. Istotnie, ta część Monte Rosa znana jest z licznych tras do uprawiania narciarstwa pozatrasowego. My pozostajemy tradycyjni i zjeżdżamy typowymi, rozłożystymi, prowadzącymi w przepięknym otoczeniu – co za widoki! – czerwonymi i w mniejszym stopniu czarnymi – trasami. Jak tu pięknie. Trochę zniesmacza snujący się tu i ówdzie delikatny zapaszek snobizmu. Taka właśnie, trochę snobistyczna jest bowiem Monte Rosa. W pewnej chwili zrywa się wiatr, zaczyna niepokojąco kiwać wagonikiem. Potem, po wyjściu z wagonika, wieje jeszcze mocniej. Ale to już nasz ostatni zjazd. Wiatr nie zdąży nam zrobić krzywdy. Czarną, jedyną możliwą, odcinkami naprawdę stromą trasą, dojeżdzamy do parkingu. To już koniec jeżdzenia. Powrót do hotelu, kolacja, trochę lepsze wino, trochę dłuższe wieczorne Polaków rozmowy.
Komentarze
Gdybym miał jednym zdaniem ocenić walory stacji narciarskich w dolinie Aosta, powiedziałbym: z narciarskiego punktu widzenia są bardzo dobre, choć pewnie im trochę brakuje do najlepszych typu francuskie "Trzy doliny". Są one, z wyjątkiem Val Tournanche i Cervinii, dość odległe od siebie, przynajmniej licząc w kilometrach dojazdu. Nie jestem w stanie wskazać tej, która wydaje mi się najlepsza. Może za wyjątkiem nieco gorszej Courmayer, choć jak wcześniej pisałem, opinia jest nieobiektywna z racji kiepskiej tego dnia pogody, wszystkie inne, tak różne od siebie, są warte zainteresowania i poświęcenia im, każdej z osobna, co najmniej tygodnia pobytu.
Dolina Aosty zasługuje na uwagę z różnych względów. To bardzo interesujący historycznie i kulturowo region warty zwiedzenia także latem. Już Rzymianie w starożytnosci postawili tu swoje przyczółki. Później, przez całe wieki region należał do Królestwa Sabaudii, wcielonego do Francji za Napoleona I. Dopiero w 1870 r., kiedy Włochy stały się niezależnym państwem, tę część Sabaudii, po tej stronie masywu Mont Blanc, przyłączono do nowo utworzonego państwa. Ale ślady francuskie są tu wciąż bardzo mocne, poczynając od nazw miejscowości a nawet szczytów górskich, a skończywszy na powszechnej znajomości języka francuskiego wsród mieszkańców. Nasze miasteczko, Saint Vincent (franc. Święty Wincent) czy stacja La Thuile (franc. dachówka) są tego najlepszymi przykładami.
Jadąc główną drogą wzdłuż doliny czy mniejszymi, przeważnie mocno krętymi jej odnogami, można podziwiać niecodzienny krajobraz. Po obu stronach drogi czuwają potężne, strome góry sypiące często kamiennymi obrywami. Na stokach, nierzadko w bardzo nieprzyjaznych miejscach, przycupnęły kamienne, szare domy pokryte, prawie bez wyjątku, kamiennymi dachówkami, a ściśle płaskimi kamieniami, które maja kształt dachówek. Dziś często są one stylizowane na kamienie, ale właśnie ten element, kamienne dachy stanowi, jak dla mnie, najbardziej charakterystyczny element budownictwa tego regionu. A w nocy, co jakiś czas wyłaniają się podświetlone zamki obronne, będące dowodem dawnych walk i złożonej historii tych ziem.
Miejscowi, jak to Wlosi, do tego górale, są mili, sympatyczni, przyjaźni. Kuchnia, będąca swoistą mieszanką kuchni włoskiej, francuskiej i lokalnej, bardzo smakuje. Wina, te lokalne, są takie sobie, ale nic nie zabrania popijania np. pysznych win sycylijskich. Bardzo udany pobyt.