Piątek, 19.31 telefon; "Cześć, jadę jutro do Staroleśnej". "O, super - jest miejsce?". "Jasne".
Akcja:
Sobota, 03.00, budzik w telefonie wyrywa mnie ze stanu do którego będę tęsknił przez następne 20 godzin... 05.30 melduję się w Krakowie gdzie po spotkaniu z towarzyszami niedoli Robertem i Paaulo oraz po zajęciu z góry upatrzonej pozycji pomiędzy nartami, kaskiem a tylną szybą paaulowego samochodu wpadam w dziwny stan otępienia, podczas którego ćwiczę zjazdy... świadomości. Do życia przywraca mnie zatrzymany samochód i otwarte drzwi przez które chłodne powietrze i odgłosy budzącego się do życia Starego Smokowca dostają się do środka.
Pół godziny później startujemy z górnej stacji kolejki na Hrebenioku w stronę Staroleśnej Doliny. Celem naszym jest Maly Zavrat czyli Zawracik Rówieńkowy ( http://pl.wikipedia....R%C3%B3wienkowy ). Nastawieni jesteśmy na wiatr halny, opady śniegu, tatrzańskie mleko, nieuprzejmych parkowców, terrorystów i niedźwiedzie, a tymczasem poranek wita nas słońcem, bezchmurnym niebem i pięknymi widokami. Jak w życiu: lepiej być mile zaskoczonym, niż niemile rozczarowanym...
Wychodzimy z lasu, zakładamy foki i dalej już na nartach przez kolejne piętra Staroleśnej Doliny dochodzimy do Zbójnickiego Koryciska gdzie spostrzegamy, że dokładnie naszym śladem podążają nie wróżące niczego dobrego ciemne chmury. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, pogoda psuje się jedynie na około 2h i jak to zwykle bywa akurat są to 2h podczas których jesteśmy na górze (tym razem na przełęczy;). To nie koniec niespodzianek.
Dochodząc do żlebu z Zawraciku Rówieńkowego dzięki rozwiewającym się na chwilę mgłą mamy szansę dostrzec leżące nie wiedzieć czemu dokładnie na naszej trasie świeżutkie lawinisko, powstałe z oberwania się malutkiej (naszym zdaniem za malutkiej) deski śnieżnej. Brrrrrrrr. Za chwilę przychodzi mgła i nie widać już nic. Podchodzimy zakosami w sporych odstępach. Żleb ma wystawę południową, południe dawno już minęło, słońce operuje od rana mocno, jest ciepło. Ergo: zaczyna się sypać. Słyszę w pewnej chwili przewalający się grzmot spadających ton śniegu. W kompletnej mgle zamieram, próbujący wyłapać z której strony może nadejść zagrożenie. Co ja tu wogóle robię?! Pasy plecaka poluzowane, paski z kijków zdjęte, narty gotowe do wypięcia (hmmm, przynajmniej jedną zdążę...). Czekam. Wydaje się, że odgłos cichnie ale za sekundę wybucha jeszcze większym grzmotem przewalającego się śniegu. Już wiem, że to sypie się ściana Krzesanego Rogu kilkanaście metrów po mojej lewej stronie. Byle tylko nie przywaliło coś w żleb... Nagle odgłos cichnie. Zapada milczenie. Po minucie czy dwóch dobiega mnie gdzieś z góry głos idącego jako pierwszego Paaula "ale j....o!!!". Hmmm. No. Idziemy dalej. W połowie żlebu kolejna niespodzianka; gdzieś u góry słyszę dziwny odgłos. "Uwaga! Kamień!" dobiega mnie głos Paaula. Odbijający się od skał kamień zwielokrotniony przez echo i kompletny brak widoczności robią bardzo nie fajne wrażenie. Kamień spada głucho gdzieś powyżej nas i po chwili słyszę szum zsuwającego się śniegu. Kilka szybkich kroków i śnieżny zsuw mija mnie z prawej strony, zagarniając coraz to większą powierzchnię śniegu. Krzyczę do znajdującego się gdzieś poniżej mnie we mgle Roberta aby uwarzał. Po jakimś czasie słyszę z dołu "jestem ok" i jeszcze za moment zaskakujące "ja wracam". Później okaże się, że Robercik przejechał się jakieś 50m z w/w zsuwem, który to oprócz skutecznego nastraszenia naszego kolegi zrobił rzecz znacznie gorszą: ukradł mu kijek...
Ostatni odcinek na przełęcz podchodzimy na nogach z nartami w rękach. Na przełęczy herbatka, batonik i otwierający się od czasu do czasu widok na leżącą po drugiej stronie grani Dolinę Rówienek. Ech, chyba wolałbym zjeżdżać tędy; pięknie wyśnierzonym, nie tkniętym żadnymi zsuwami stokiem... Na dole jednak został Robert i tylko to motywuje nas do zjazdu zoranym zsuwami i lawinkami żlebem. Górna część zjazdu ma niewiele wspólnego z przyjemnością, natomiast od połowy jest już fajnie. Końcówkę zjeżdżamy w poprawiającej się widoczności, chmury i stres zostają za nami. Pod żlebem spotykamy Roberta. My podchodzimy jeszcze na Zbójnicką Kopę, a nasz kolega z jednym już tylko kijem zjeżdża od razu w dół. Stojąc na Kopie patrzymy raz jeszcze na Maly Zavrat, który teraz już złośliwie zdążył się cały odsłonić. Widać wyraźnie zsuwy i zsuwiki, a pomiędzy nimi nasze ślady... He, he, jest ryzyko, jest zabawa tralalala.
Epilog:
Zjazd Staroleśną jest rewelacyjny; pięknie odsłaniające się szczyty i rozciągające się u naszych stóp Spiszowe pola. Walka z kosówką, potokami, zalodzonymi fragmentami stoków to już sama radość. Nawet zejście w plastikowych butach po ściółce leśnej wzdłuż drogi z Hrebenioka sprawia mi przyjemność. Czas zatrzymał się w miejscu; żadnych ludzi, bezwietrzny, ciepły, piękny wieczór. Jeszcze tylko toast w Starym Smokowcu i o 23.00 melduję się w domu.
Kolejny piękny, tatrzański dzień dobiegł końca...
na Hrebeniok wjeżdżamy sobie burżuazyjnie tramwajem

po wyjściu wita nas Jej Wysokość (2634 m n.p.m.) Łomnica

w pierwszej fazie czeka nas lodowisko; raki mamy dwa - jeden dla Paaulo, drugi dla mnie. Robert dziarsko bez poboczem.


po wyjściu z lasu zakładamy foki...

...i pomykamy przez kosówki dolną częścią doliny czyli Niżnim Staroleśnym Ogrodem



czasem śniegu nie ma za wiele

za to czym wyżej - tym piękniej




dochodzimy do Zbójnickiego Koryciska


czas na śniadanie i klejenie plastrów

Paaulo swoimi wypasionymi kanapkami wzbudza w nas agresję.
Kasia, jak mogłaś nam to zrobić?

wreszcie ukazuje się nasz cel: Zawracik Rówieńkowy

no to go!

w ślad za nami podąża złe

chmury zaczynają spowijać góry

wyścig z mgłą


Krzesany Róg i Zawracik jeszcze widoczne

tatrzański sztruksik - tak nie potrafi żaden ratrak

a mgły coraz bliżej

dobra, czas się zapipsować, odpalić dżipi-esa...

...i można napierać dalej

po jakimś czasie znów się przejaśnia...



jak to pisał Wilczkowski, najkrótsza czarna fraszka: "Szła mgła"



przede mną mgła, a za mną jeszcze słońce i niesamowite cienie na śniegu



pod żlebem prowadzącym na przełęcz mgła znów się rozwiewa...
...tylko po to żeby pokazać nam bardzo niefajny widoczek.
Polecam zwrócić uwagę na zdawałoby się niewielki i niewinny obryw...




w żlebie mgła. Gdzieś tam powyżej Paaulo...

...poniżej Robert.
W czymś takim zaskakuje nas odgłos lawiny spadającej ze ściany Krzesanego Rogu, a nieco póżniej śnieżny zsuw, który zabiera naszego kolegę w krótką podróż, z której wraca bez kijka...

na Zawraciku

z drugiej strony grani coś tam nawet widać

no dobra, nam niestety trzeba zjeżdżać w mgłę, żlebem zrytym zsuwami i starymi lawiniskami...



jakość śniegu w górnej części świetnie obrazuje poniższe zdjęcie

tyle zostało z lawinki z Krzesanego, która nas trochę zestresowała...

Paaulo wzrokiem przenika mgłę

na przełęczy pod Zbójnicką Kopką spotykamy Roberta

Zawracik się odsłania. Środkowy zsuw ukradł Robertowi kijek. Po lewej widać gdzie spadło to z Krzesanego

tymczasem pogoda się znacznie poprawia...

...a wraz z nią nasze humory

tam! tam trzeba jeszcze zjechać!

...no dobra...

czeka nas bardzo długi i piękny zjazd

Zbójnicka Kopka i przełęcz na której czekał na nas Robercik

wreszcie to co lubimy najbardziej...

...czyli piękna jazda z widokiem na Spisz i Staroleśną...

...przez kolejne jej piętra...

uuuuu, ale jeszcze jazdy mamy przed sobą



krótka przerwa dla podtrzymania przyjemności...

...i znów można poszaleć

czym niżej tym więcej kombinowania i szukania linii zjazdu między głazami

dojeżdżamy do Wyżniego Staroleśnego Ogrodu



zaczyna się zabawa z przeszkodami...



...i kluczenie między kosówkami...

jeszcze tylko przeprawić się przez potok...

...i już ostatnie metry zjazdu

potężny lodospad przy granicy lasu; kilkadziesiąt metrów lodu i nikt się nie wspina?

wszystko co dobre ma swój koniec. Dalej już nie pojedziemy...

Łomnica na dowidzenia ukazuje się nam w pięknym świetle.
Ładnie widoczna słynna zachodnia ściana

l'equipe w zejściu...

...jeszcze tylko bulderek w przypływie głupawki...

...i znów mamy dość sił i humoru na zejście z Hrebienioka do Starego Smokowca


w Smokowcu trzeba zmienić buty.
Do Grand Hotelu w skiturowych nie wpuszczają, he, he

no i wreszcie zasłużony toast za udaną turę: Trzy capovane cofole prosim!

Pzdr











