Krótka relacja:
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak naprawdę to skończyliśmy sezon 2009 już dwukrotnie. Kiedy jednak okazało się, że z uwagi na częste napady nieuzasadnionej złości, odburkliwość i ogólną nerwowość nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować, stało się jasne, że musimy jeszcze gdzieś pojechać… Świadomość, że gdzieś tam leży śnieg stawała się nie do zniesienia. Szybka nocno-piątkowa sesja telefoniczna i w sobotę 30 maja o 5 rano pędzimy w stronę południowej granicy, nie zrażając się prognozą pogody w stylu „pełne zachmurzenie” i „dážď so snehom”. Oczywiście w ciągu całego dnia nie spadł nawet 1 płatek śniegu, a na Baranim Sedle podziwialiśmy siedząc okrakiem piękną panoramę… Tym razem uzbrojeni jesteśmy w rowery; z doświadczenia wiemy, że najtrudniejsze na całej wyrypie są właśnie końcowe powroty drogą do samochodu („Stary, ja p…...e, następnym razem to bierzemy rowery!). No i właśnie nastał czas „następnego razu”…
Po zapakowaniu całego majdanu na plecy jazda przez Dolinę Kieżmarską to ostra walka



Ilość szpeju zmusza do częstych restów

na szczęście śnieg uniemożliwia czasem jazdę...

wreszcie dojeżdżamy do Zielonego Plesa

Szybkie śniadanie; omlet z dżemem (2,30€) i kawa (1,60€) skutecznie stawiają nas na nogi. Po zmianie obuwia i przypięciu rowerów do płota startujemy


Podejście pod próg Dolinki Dzikiej

Forsowanie progu nartami i w narciarskich butach nie należy do najprzyjemniejszych. Jeszcze nam się nie śni, że za parę godzin będziemy zmuszeni iść tędy w dół…


Spotkania trzeciego stopnia z kamzikiem. Stada kozic przebiegają w okolicy co jakiś czas

…i znów walka z ekspozycją

Docieramy wreszcie do Dolinki Dzikiej (Veľká Zmrzlá dolina)

Nad naszymi głowami co chwilę przewalają się chmury, dzięki czemu widoczność mamy co kilkanaście minut… Wzdłuż żlebu z Baraniego Sedla wiszą bardzo gustowne lodziki, odpadając co jakiś czas i skutecznie nas strasząc

Kwaśny w środkowej części żlebu

Na Baranim Sedle siadamy okrakiem, chmury podnoszą się na 15 minut i wychodzi słońce. Jak fart to fart…



Chowamy termosy, dojadamy batoniki, przychodzi mgła. Ooooocho, trzeba zjeżdżać…



Wyjeżdżając ze żlebu, wyjeżdżamy z mgły. Szerokie i dziewicze pola śnieżne Dolinki Dzikiej dają możliwość superowego narciarskiego relaksu…



Dojeżdżamy do progu Dol. Dzikiej, którego to pokonanie okazało się kluczową trudnością tego dnia


Trasa zjazdu prowadzi wąskim żlebem zwanym „flaszką” (chyba?); trudności polegały na tym, że śniegu w żlebie już niewiele, jest wąsko, kamieniście i co jakiś czas żleb jest poprzecinany szczelinami którymi leje się woda. Dojechać da się do wodospadu; przy nim jest już wytopione na kilka metrów. Śnieg poniżej wodospadu jest z kolei podmyty przez potok (który płynie żlebem pod śniegiem) i raczej nie mamy psychy aby go obciążać… Podchodząc liczyliśmy na to, że obejdziemy jakoś szczelinę przy wodospadzie i niżej zjedziemy dalej. Na miejscu okazało się to jednak niewykonalne. Skończyło się odpięciem nart i żywcowaniem w trójkowych trawach i kruszyźnie w stronę skalnej grzędy, którą idzie szlak z łańcuchami… Ten fragment dnia trochę nas złomotał psychicznie
Kwaśny przy wjeździe do „flaszki”

W żlebie


…dalej już chyba nie pojedziemy…

Trawersujemy grzędą do łańcuchów



Zejście po mokrej skale i łańcuchach (całe szczęście, że są!) z nartami, plecakami i w narciarskich butach to niezła przygoda

Po zejściu grzędą zakładamy narty i w 15 minut jesteśmy przy Zielonym Plesie. Po batoniku i wskakujemy na rowery. Jakość poniższego zdjęcia najlepiej obrazuje stan naszych kończyn i kamienistość zjazdu…

Po 48 minutach dojeżdżamy do parkingu Biela Voda (5,31€) osiągając chwilami niezłą prędkość…
Na parkingu przez 10 min łapiemy oddech, pakujemy graty do auta i zaraz potem zaczyna padać deszcz. No tak, jak fart to fart
Krajobraz po bitwie…

Tym razem było to chyba naprawdę zakończenie sezonu bo dla równowagi psychicznej jadę nad morze, a po 15 czerwca śniegu już chyba nigdzie nie będzie. Chociaż, kto wie?
pozdrawiam












