czasem udaje się taki dzień, kiedy wszystko wychodzi; są góry, słońce, dobry śnieg i świetne zjazdy. Jeżeli jeszcze akcja dzieje się w Tatrach, a za towarzysza masz najlepszego przyjaciela, to czego można chcieć więcej...
Jako, że przyszło mi spędzać tydzień za biurkiem, "ku pokrzepieniu serc" relacja z jednego z takich właśnie dni
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Pomimo przeróżnych niesprzyjających okoliczności (1 kwietnia komuś spodobał się mój sprzęt - ja wam dam złodziejaszki!!!) udało się spędzić bardzo miłą kwietniową, tatrzańską niedzielę; oto krótka relacja:
Start o 4.40 poszedł rutynowo i bez przygód meldujemy się o 7.00 w Kuźnicach. 45min spacerek na rozgrzewkę na Goryczkową i wyciągiem wyciągamy się na Kasprowego. Przysposabiamy się wysokogórsko i pędzimy granią w stronę Świnicy.

Po drodze wchodzę na Pośredni (Marcin trawersuje dołem, no bo przecież jeszcze się najeździ…),

szybki zjazd i już jesteśmy razem na Świnickiej Przełęczy. W planie mamy zjazd żlebem z przełęczy do Zielonego Stawu ale przełęcz zamknięta jest nawisem oddzielającym nas od żlebu. Hmmmm, trzeba będzie skakać z nawisu… Miała być przygoda to i jest. Marcin pierwszy (no bo starszy i doświadczenie życiowe ma pokaźniejsze) sprawnie pokonuje nawis i robi pierwsze szusy po całkiem stromej górnej części żlebu.


Teraz ja, spięty jak agrafka podchodzę do nawisu, szybki skok, trzy energiczne wygięcia całkiem przecież sporego ciała i już jestem obok pana M. Śnieg w żlebie twardy jak beton bo jak mówili spotkani taternicy ponoć rankiem wyjechała lawina i wszystko miękkie wywiozła. Faktycznie po kilku chwilach wjeżdżamy w całkiem spore lawinisko.

Dwa łyki herbaty z termosu i zasuwamy przez śnieżne pola w stronę Kościelca i przełęczy Karb. Po drodze Marcin zafascynowany zjazdem ze Świnickiej wymyśla, że idziemy na Kościelec. Dochodzimy do połowy ściany; ja wymiękam bo jestem cienki Bolek, M idzie dalej... Dochodzi trochę poniżej szczytu i za moment zjeżdżamy północną ścianą (wzdłuż szlaku) na Karb.


Tam urządzamy Gubałówkę; herbatka, opalanko, batonik, opalanko, herbatka, opalanko itd. Rozentuzjazmowani piękną pogodą podchodzimy raz jeszcze na północną Kościelca, co by zakosztować zjazdu już na lekko (plecaki zostały na Karbie). Szybki zjazd, dwie wywrotki, trochę zabawy i jesteśmy z powrotem na Karbie. Herbatka i zabieramy się za realizację drugiego (no bo Kościelec był ponadplanowy) z celów naszego wyjazdu: zjazdu z Karbu na Czarny Staw. Marcin jak przystało na senior-managera jedzie pierwszy.

I dobrze bo wjeżdża na jakieś zalodzone pole lodowe i zalicza 50-metrowy zsuw. Ale, że jeździ z wszystkich znanych mi osób najlepiej na nartach – radzi sobie; jakimś ekwilibrystycznym ruchem hamuje i za chwilę jedzie już normalnie dalej. Tyle, że bardziej w lewo

Ja jadę od razu po lewej więc mam duuuuużo łatwiej.

Po kilku minutach jesteśmy na dole i z bananami na twarzach pędzimy do Murowańca. Szybka Cola, narty na plecy i biegusiem na Karczmisko. Tam zakładamy narty i zjeżdżamy nartostradą do Kuźnic. W domu melduję się o 23.30. Było fajnie
Udział wzięli M&M czyli
Marcin (Kwaśny)

i Maciej (Peregrin) - na tle Świnickiej Przełęczy

pozdrawiam











