Fajny film dziś widziałem!!! Nosi tytuł
AUSTRALIA.
To film, z moją ulubioną aktorką Nicol Kidman, ale to nie ona mnie przekonała do napisania tej recenzji, a film jako całokształt.
Gwoli wstępu, jest to kolejny - mam nadzieję nie ostatni - film duetu Kidman-Luhrmann (reżyser). Ich pierwszy film, to moim zdaniem spektakularnie genialny "Moulin Rouge". Film, który spowodował rozkwit musicalu na nowo, niezwykle ciekawie nakręcony i z genialnymi kreacjami Nicol Kidman i Ewana McGregora - oboje fantastycznie w nim śpiewają, o co bym ich nigdy nie podejrzewał. Ale ponieważ to film już leciwy (premiera w 2001 roku) to przynajmniej na razie recenzję jego sobie daruję.
Australia to film, który "prawdziwym facetom" od piwa i piłki nie będzie się podobał na pewno. I dobrze! To film o uczuciach, pięknym kraju, ludziach wielkich i małych (nie mylić z niskimi!), oparty swobodnie na prawdziwych wydarzeniach, choć nie opowiadający ich w sposób historyczny. Jeśli ktoś z Was oglądał "Moulin Rouge" znajdzie tu te same filmowe klimaty i nie chodzi tu o fabułę, co to, to nie. Film jest mocno klimatyczny, ma w sobie to "coś". Ciekawą techniką (niestety nie wiem jak ona się nazywa) nakręcony, widać tu zabawę tak kolorem, jak i filmowym retro. Gdy oglądamy ten film wracamy chwilami w filmowe lata 40-ste czy 50-te.
Film zaczyna się jak komedia. Wściekła żona jedzie do Australii by zrobić porządek z (jej zdaniem) zdradzającym ją mężem. Ale gdy dociera do Darwin, doznaje szoku w zderzeniu ze światem, w którym się znalazła, a po dotarciu na do celu podróży, jej życie zmieni się diametralnie. Wątła, wściekła i dystyngowana Lady, w jednej chwili musi stawić czoła sytuacjom, których angielska dama nie zna nawet z książek.
Australia, to film wspaniale odmalowujący ludzkie postawy: chciwość, nikczemność, wyrachowanie, zakłamanie, dwulicowość, ale również miłość, gotowość poświęcenia dla innych, piękny wątek niełatwej miłości kobiety i mężczyzny, oraz bezgraniczną miłość matki do syna. Jest to równocześnie film, który porusza niechlubny i pomijany milczeniem, wątek dyskryminacji aborygenów w ich własnej ojczyźnie. To film chwytający za serce, nie pozwalający przejść obojętnie nad problemami w nim poruszanymi, nie pozwala również wyłączyć go, bez chwili refleksji nad "wyższością" naszej cywilizacji, nad cywilizacjami pierwotnymi.
Drogie panie paczka chusteczek do nosa konieczna (panowie, wy też popłaczecie, lub choć uronicie łzę - jak ja), ale nie będziecie zawiedzione po 159-tej minucie filmu. Wystarczy, że w pierwszych minutach zobaczycie wspaniałe oczy małego Nullaha i już do końca nie oderwiecie od nich oczu.
By was zaintrygować dodam tylko iż film zaczyna się napisem:
"Aborygenów i mieszkańców wysp w Cieśninie Torresa ostrzegamy, że film ten może zawierać wizerunki i głosy zmarłych osób."
Czemu taki napis? Dowiecie się oglądają film. WARTO!
Ten film to mieszanka melodramatu, filmu drogi, epopei wojennej, romansu, baśni i filmu z kategorii "piękne okoliczności przyrody", a jak każdy się orientuje w Australii takowych nie brakuje. Gdy spodoba się Wam ten film, koniecznie sięgnijcie po "Moulin Rouge", gdy się wam nie spodoba, to również obejrzyjcie "Moulin Rouge" by posłuchać genialnej muzyki i przebojów, w wykonaniu i aranżacjach, których się nie spodziewacie.
Użytkownik kiedar edytował ten post 27 marzec 2010 - 00:06